Czarownice z Fordonu nie dają mi spokoju

         Ostatnie dni  pracuję nad „czarną kartą” bydgoskiego Fordonu. Tropy wiodą w różne strony, jedne biegną do mniejszych, czy większych tropów, drugie urywają się.

DSCF6278

         Wiem już że poszukiwaną księgę sądu królewskiego procesów o czary w Fordonie, poza Tadeuszem Piotrowskim opisywali w 1975 roku Zenon Guldon i Ryszard Kabaciński w książce pt. „Szkice do dziejów dawnej Bydgoszczy XVI – XVIII w.” Jeszcze nie czytałam tej książki, owszem jest do wypożyczenia w Bibliotece UKW i UG, co uczynię jak tylko będę miała taka możliwość. Jednakże nie spodziewam się tam nowego odkrycia, jest bardzo prawdopodobnym, że autorzy opierali swoje myśli na rękopisie wspomnianego autora.  Wierzę też, że choć jedno zdanie, jedno słowo poprowadzi mnie dalej, że jeśli nie dowiem się niczego nowego o Fordonie, to może trafię na wskazówkę do problemu procesów o czarostwo w Bydgoszczy, lub w jej okolicy.

O samych procesach czarownic z Bydgoszczy wiem najmniej, znam tylko losy 6 osób skazanych tu za czary.

A tym czasem pozostawiam pod rozwagę artykuł sprzed 7 lat, opublikowany w „Gazecie Pomorskiej”. [Jakiś czas temu kontaktowałam się z Panem Wojciechem Siwakiem].

 

gazeta-pomorska,gazeta_pomorska

Czarownice z Fordonu

Roman Laudański roman.laudanski@pomorska.pl tel. 52 32 63 125

  5 marca 2010 12:29

Archeolog Wojciech Siwiak wśród odnalezionych szczątków w Fordonie

Archeolog Wojciech Siwiak wśród odnalezionych szczątków w Fordonie ©Fot. Jarosław Pruss

Diabeł nie opuścił Marianny, kiedy po raz pierwszy torturowali ją w podbydgoskim Fordonie. Wyszedł z niej z łoskotem dopiero na drugich torturach. Wtedy przyznała się do wszystkiego. I spłonęła na stosie, jak ponad 50 innych kobiet oskarżonych o czary w Fordonie.

Największy „urodzaj” na czarownice był w podbydgoskim Niemczu, Żołędowie i Jastrzębiu. Czarownice latały na miotle, gałęzi, zdechłym koniu, krowie, a najczęściej wybierały się na „Łysą Górę” (okolice bydgoskiego Zamczyska lub Osowej Góry). Nie wiem, jak mogły tam żyć kobiety, skoro samo złe spojrzenie, stratowanie zboża lub rozrzucona pościel mogły zaprowadzić je na stos?

Jeden stos na rok

W XVII i XVIII wieku w fordońskim sądzie odbyły się 73 sprawy z oskarżenia o uprawianie czarów. Ponad 50 skończyło się spaleniem na stosie. Procesy prześledził Tadeusz Piotrowski, który przebadał księgi sądowe z lat 1675-1747 i na tej podstawie przygotował w 1939 roku artykuł dla „Przeglądu Bydgoskiego”. Wybuch wojny wstrzymał druk, a podczas działań wojennych księgi zaginęły. Oryginał artykułu przetrwał i jest dostępny bibliotece.
– Statystycznie rzecz ujmując – stos płonął przynajmniej raz w roku – mówi Wojciech Siwiak, bydgoski archeolog.

Kości z ziemi

Trzy lata temu w starym Fordonie, dzisiejszej części Bydgoszczy, podczas budowy kolektora deszczowego w rejonie rynku robotnicy odkryli kości. Najpierw podejrzewano, że mogą to być Polacy rozstrzelani przez Niemców podczas drugiej wojny światowej. Policja zabezpieczyła znalezisko, na miejsce przyjechał prokurator, ale gdy ustalono, że kości są dużo starsze, zajął się nimi archeolog.

– Na 72 znalezione szkielety trzy pochówki były nietypowe – wspomina Wojciech Siwiak. – Wokół czaszek wbite były dachówki. Ktoś przykrył nimi również twarze zmarłych, jakby chciał ich odizolować od świata.
Odbiegające od normy pochówki archeolodzy nazywają wampirycznymi. Zdarzało się już, że napotykali na nie w różnych miejscach.

– Spotykano podobne znaleziska – dodaje Marian Marciniak, archeolog, dyrektor brodnickiego muzeum. – Ślady wskazywały, że jeden z grobów został ponownie odkopany, a zmarłemu odcięto głowę, którą włożono mu między nogi. Bywało, że w grobach odnajdywano zboże, którym posypywano zwłoki, co w analogii do maku można tłumaczyć, iż ludzie po śmierci danej osoby obawiali się jej aktywności.

– W kulturze ludowej to było bardzo popularne wierzenie w różnych społeczeństwach Europy i świata – przypomina Hubert Czachowski, dyrektor Muzeum Etnograficznego w Toruniu. – Powszechnie wierzono, że niektórzy po śmierci mogą wstać z grobu. Upiory, wampiry – nazywano je różnie – szkodziły najczęściej członkom rodziny. Zresztą była w tym duża wariantowość. Już sama nietypowość wyglądu, np. sześć palców u ręki, duża brodawka czy krzywy zgryz wzbudzały przekonanie, że ktoś taki może stać się upiorem.

Historyczne źródła wspominają, iż przypadki odcinania głowy po śmierci spotykane były jeszcze w XIX wieku. Na najnowszej wystawie toruńskiego Muzeum Etnograficznego prezentowany jest sierp wyjęty z grobu. – Układano je na szyi zmarłych, których podejrzewano, że wstaną z grobu i będą straszyć. Sierp odciąłby głowę wstającemu – wyjaśnia dyrektor toruńskiego muzeum.

Innym sposobem powstrzymania upiorów miały być woreczki z makiem i ziemią, które układano przy zmarłych. Gdyby się obudzili, to najpierw musieliby oddzielić jedno od drugiego, co – ja wiadomo z bajki – zabiera trochę czasu. Czasem wkładano do grobu kartkę wydartą z książeczki do nabożeństwa. Nie mogło być na niej słowa „amen”. Kandydat na upiora musiał modlić się bez przerwy i nie mógł zakończyć modlitwy tym słowem.

Ogień przyszedł z Niemiec

Archeolog Wojciech Siwiak przytacza relację z procesów pewnej kobiety z Niemcza. Nauczyła ona swoją ośmioletnia córkę „która z nudów przy pilnowaniu gęsi w polu spała i ptactwo pogubiła, robić z liści dębu coś na kształt myszy, czyli zabawki dziecięcej”. Zdaniem sądu była to diabelska sztuczka. Kobieta spłonęła.

Kiedy grupa mieszkańców wsi piła piwo i zachowywała się głośno, żona gospodarz kaczmy powiedziała: „pijecie jak bydło”. Wtedy jedna z pijących kobiet zakrztusiła się, coś wpadło jej do gardła, a gospodyni wytoczono proces o czary. Spłonęła na stosie.

Najdziwniejsze jest to, że w 1772 roku Fordon był niewielką miejscowością. Ludzie musieli się znać. Na 860 mieszkańców – 528 było wyznania mojżeszowego, ale na stosie nie płonęli – prześladowani w różnych krajach i czasach – Żydzi. Jules Michelet, autor książki „Czarownica”, analizując diabła działającego przez kobiety, przypomina, że w tropieniu rzekomych czarownic specjalizowały się sądy kościelne. Tymczasem w XVII-wiecznym Fordonie działał już sąd cywilny, a oskarżenia o uprawianie czarów najczęściej były formą załatwiania sąsiedzkich porachunków.

– Fala stosów przyszła do nas z Niemiec – przypomina Wojciech Siwiak. – W drugiej połowie XVII wieku, po wojnach panował kryzys, co sprzyjało doszukiwaniu się drugiego dna w zwykłych czynnościach. No i zabobony, które były wtedy obecne wśród mieszkańców.

Tajemnicy trzech nietypowych pochówków z Fordonu na razie nie udało się rozwiązać.

Korzystałem z artykułu Wojciecha Siwiaka „Czary i zabobony w XVII-XVIII-wiecznym Fordonie zamieszczonego w „Kalendarzu Bydgoskim”.

I jak już jesteśmy w temacie Fordonu, poniżej wspomniany artykuł:

 

Baner strona

Czary i zabobony w XVII-XVIII – wiecznym Fordonie
Tytułowy przedział czasowy XVII i 1. połowy XVIII wieku to lata wzmożonej walki z czarownicami i licznych procesów o czary i kontakty z diabłem w ówczesnej Rzeczypospolitej. Proceder ten nie ominął również nadwiślańskiego Fordonu. Procesami czarownic w Fordonie zajął się w okresie międzywojennym Tadeusz Abdank Piotrowski. Artykuł jego jednak, z uwagi na wybuch II wojny światowej, pozostał w rękopisie i nie został opublikowany. Autor wykorzystał nie dostępną obecnie do badań księgę fordońskiego sądu z lat 1675-1747. W księdze zawarto 90 spraw, w tym 73 wpisy dotyczyły oskarżeń o uprawianie czarów, stosunki z diabłami, rzucanie uroków, zamawianie. Pomniejsze wzmianki o procesach czarownic w Fordonie możemy również odnaleźć w zachowanych aktach miejskich, czy też w pracy Karola Koraniego Beczka czarownic, który interesujące nas w tym przypadku informacje czerpał z wcześniejszego artykułu Richarda Bartholomäusa.
Według T. Piotrowskiego podejrzenie o czary w Fordonie mogła wywołać zupełnie, jakby się mogło wydawać, błaha okoliczność. Jako praktyki czarodziejskie wpisy sądowe wymieniają m.in. ciskanie kamieniami, tratowanie zboża (nawet nieumyślne) i rozrzucanie pościeli na której ktoś przedtem spał. Oskarżonym można było również zostać w przypadku, gdy jedna kobieta nazwała drugą czarownicą, a w niedługi czas potem dotknęło ją jakieś nieszczęście, czy też gdy w obecności oskarżonej wół wpadł do głębokiego dołu lub kiedy po rozmowie z domniemaną czarownicą ktoś złamał nogę lub się rozchorował. Miały to być wystarczające poszlaki na podstawie których budowano akt oskarżenia o tajemne konszachty z diabłem.
Sądzeniem czarownic zajmowały się od XVI wieku sądy miejskie. Tego typu procesy przeważały w mniejszych miastach Rzeczypospolitej, jak Fordon, aniżeli w dużych ośrodkach. Znacznie mniej znamy zachowanych relacji przykładowo z Bydgoszczy. Podobnie było w całej Wielkopolsce, gdzie na polu „walki z diabłem” przodowały małe miasteczka. Do XVI wieku procesy o czary odbywały się przed sądami biskupimi i sporadycznie tylko kończyły się wyrokami śmierci. Dopiero rozpowszechnienie się sądów na modłę niemiecką, w trakcie których za pomocą tortur wymuszono na oskarżonych przyznanie się do kontaktów z diabłem, spowodowało iż również na terenie Rzeczypospolitej zaczęły płonąć odtąd liczne stosy z domniemanymi wspólniczkami szatana.
W światopoglądzie kultury ludowej ówczesnych czasów istniały dwa rodzaje magii: czarna i biała. Czarną magią, której celem miało być szkodzenie ludziom, parały się złe czarownice pozostające w spółce z diabłem. Druga, którą parała się większość znachorek i znachorów miała ustrzec ludzi i ich gospodarstwa przed działaniem złych mocy, zapewnić pomyślność i zdrowie. W praktyce znachorskiej obydwa jednak rodzaje magii zapewne wzajemnie się przenikały. Stąd już był tylko krok od wniesienia oskarżenia o czary, które najczęściej wynikało z ludzkiej zawiści i zwyczajnej zazdrości.
W przypadku Fordonu oskarżeni o czary pochodzili ze stanu chłopskiego lub uboższej warstwy mieszkańców. Największa ich część to jak zauważył T. Piotrowski czeladź robotnicza, a wśród niej zwraca szczególnie duża liczba kucharek i ogrodniczek. Oskarżono i stracono z tego tytułu w Fordonie zaledwie trzech mężczyzn (byli to jednak Cyganie). Stroną oskarżającą najczęściej byli sąsiedzi. Sąd z własnej inicjatywy nie wszczynał tego typu spraw. Sąd fordoński nie dochodził, jak i na jakiej podstawie oskarżyciele i świadkowie uzyskali przeświadczenie o czarodziejskich praktykach obwinionej. Badał jedynie istotę doznań osobistych „pokrzywdzonych”, a nie przedmiotowego przypadku. Sędziowie zrzucali jednocześnie całą odpowiedzialność na sumienia świadków i oskarżycieli, zarówno za rzeczywiste twierdzenia, jak i za sądy o czynach oskarżonych. Jak dalece były to absurdalne oskarżenia może świadczyć kilka poniższych przykładów. Oskarżono kobietę ze wsi Niemcz, o to iż nauczyła swą 8. letnią córkę „która z nudów przy pilnowaniu gęsi w polu spała i ptactwo pogubiła, robić z liści dębu coś na kształt myszy, czyli zabawki dziecięce”. Sąd stwierdził, że była to diabelska sztuczka. Innym razem, gdy gromada okolicznych włościan piła piwo w gościńcu i nie kulturalnie się zachowywała, powiedział gospodarz „pijecie jak bydło”. Jednej z pijących kobiet wpadło coś do gardła, a gospodynię posądzono o czary, wytoczono proces i spalono na stosie.
Niebezpiecznie również było mieć w rodzinie osobę wcześniej oskarżoną o czary lub pochodzić z miejscowości w których dochodziło do straceń. Za gniazda czarownic uważano Niemcz, Jastrzębie i Żołędowo. Najgroźniejszym jednak oskarżeniem było pomówienie o spotkania z diabłem na „Łysej Górze”. Czarownice miały tam się udawać, jak powszechnie mniemano drogą powietrzną. Miejsce to często utożsamiano z Osową Górą lub Zamczyskiem. Do sabatów miało również dochodzić w domach poszczególnych czarownic. Czarownice czyli „cioty” miały się tam udawać przy pomocy swego osobistego złego ducha „pokuśnika”, który je powietrzem przenosił. Były także i inne sposoby: na miotle, na gałęzi, na zdechłym koniu, zdechłej krowie lub wystarczyło posmarować się „czarną maścią” pod pachami, aby móc wyfrunąć kominem na Łysą Górę. Na zebrania czarownic przychodził czasem „straszny przeklętnik Niemiec” lub też pięknie odziane diabły w niemieckich strojach, które wiedźmom dawały dobre jedzenie. Potrawy te przyniesione do domu zamieniały się jednak w popiół, a pieniądze w koński nawóz.
Proces o czary rozpoczynano od odczytania aktu oskarżenia i wysłuchania świadków. Następnie przystępowano do zasadniczej czynności ówczesnej procedury sądowej-tortur. Tortury miały na celu wymusić „szczere” przyznanie się do winy i ustalenie wspólniczek oskarżonej czarownicy. Pod wpływem tortur oskarżona często wymieniała sugerowane jej imię wspólniczki lub w akcie zemsty któreś z nie lubianych sąsiadek. Nazywało się to „powołaniem”, w następstwie którego można było wszcząć proces nowej domniemanej czarownicy. Zwyczajowo stosowano 3. krotne, a wyjątkowo jak to odnotowały akta fordońskie 4. krotne tortury w przypadku winowajczyni gdy „dla krnąbrności nie chcą wyznać swych zbrodni” lub też aby ich nie uniewinniono, aby większych grzechów się nie dopuściły i szkody czynić nie mogły. Podstawowa zbrodnia czarów polegała na kontaktach z diabłem. Powstałe z tego powodu szkody dla otoczenia, traktowano jako występki drugorzędne. W aktach nie odnotowano jak i czym torturowano. Można przypuszczać, że stosowano próbę wody, trzymania w beczce, wyciągania i zgniatania stawów itp. Przed i w trakcie tortur oskarżonym zadawano ogólne lub bardziej szczegółowe pytania, mające na celu zdemaskowanie szatańskiej spółki. Czasem z litości sąd zarządzał pomiędzy jedną a drugą torturą dłuższą przerwę. Dwie oskarżone w trakcie badania przez fordoński sąd zmarły. Czasami, jak to miało miejsce w przypadku torturowania oskarżonej o czary Małgorzaty, komornicy z Żołędowa, siedział przy badanej diabeł, który szeptał do niej „nie bój się”. Zdarzało się, że wyrażał on w takim przypadku radość, jak stwierdzono we wpisie sądu fordońskiego, pukaniem, dając w ten sposób wyraz swemu zadowoleniu, że udało mu się wprowadzić w błąd sędziów, zmuszając oskarżoną do milczenia. Podobnie było w przypadku Marianny z Fordonu badanej w 1700 roku. Dopiero na drugich torturach, jak diabeł ją opuścił, z głośnym jak podaje zapis, łoskotem, zeznała wszystko. W innej sprawie z 1684 roku, jest wzmianka o tym jak diabeł siedział na plecach oskarżonej w trakcie tortury i cierpiał za nią, a potem uciekł do beczki, która wielce przybrała na wadze. W kolejnej sprawie odnotowano, że diabeł siedział w prawej nodze oskarżonej, a gdy na torturach „nic a nic wyznała” cieszył się z tego, a radość objawiał głośnym pukaniem.
W aktach sądu fordońskiego odnotowano także wyznania oskarżonych co do sposobu rozpoznawania przez nie diabła. Czarownice poznawały diabła po tym, że „jak Pan chodzi”, kazał się tytułować waszmością, a do czarownicy zwracał się Pani. Same nazywały go Knut, Jakubek, Holender i Niemiec. W innych zeznaniach badanych „ciot” diabeł występuje pod nazwą Urban. Miał się on ubierać na modłę polską i nosić „kapelusz wiśniowy”, oraz „biedny Jaś”, który miał zamiast nóg końskie kopyta. Najczęściej jednak fordońskie czarownice nazywały diabła Rokitą lub Rokitką i tylko doświadczone wiedźmy miały tego rodzaju znajomości, gdy młodsze musiały terminować u „mistrzyni” by posiąść jej tajemną wiedzę.
Ogółem na 73 znane z Fordonu procesy o czary 54 zakończyły się spaleniem na stosie. Dwa razy sąd „ułaskawił” skazane na ścięcie mieczem i spalenie zwłok. Kilka oskarżonych o czary kobiet skazano na banicję lub publiczne plagi u miejskiego pręgierza. Tylko w jednym przypadku sąd odrzucił wniosek oskarżyciela o tortury, gdyż uznał oskarżoną za osobę stateczną.
Innym przejawem zabobonów wśród społeczności nowożytnego Fordonu mogą być odkryte w trakcie badań archeologicznych w 2007 roku pochówki szkieletowe na przykościelnym cmentarzu parafii p.w. św. Mikołaja, zlokalizowanym częściowo pod obecną nawierzchnią fordońskiego Rynku i ulicy Cechowej. Pierwsza wzmianka o tym cmentarzu pochodzi z 1555 roku. Chowano na nim zmarłych mieszczan i zapewne mieszkańców najbliższych okolic przypuszczalnie do przełomu lat 70. i 80. XVIII wieku. W czasie swego funkcjonowania przykościelny cmentarz, jak świadczą o tym wzmianki źródłowe, był lub też nie, ogrodzony drewnianym płotem. Znajdowała się na nim również drewniana, a później murowana kostnica i figura św. Jana Nepomucena. Stacjonowanie wojsk rosyjskich przyczyniło się zapewne do zrujnowania cmentarza. Stąd też w starych aktach odnajdujemy zapis z 1761 roku o legowaniu na poprawę cmentarza kar sądowych przez księdza Karola Bente kanonika fordońskiego i Administratora Starostwa i Wójtostwa Bydgoskiego. Był to przypuszczalnie jeden z ostatnich aktów odnawiania starego cmentarza. Po zajęciu miasta przez Prusaków w 1772 roku i wprowadzeniu nowych przepisów sanitarnych w niedługim czasie zlikwidowano przykościelny cmentarz, otwierając nowy, istniejący do dziś przy ulicy Cechowej.
Modernizacja ulic fordońskiej starówki w 2007 roku i związanej z tym budowy kanalizacji deszczowej, spowodowała konieczność przeprowadzenia ratowniczych badań archeologicznych w obrębie starego przykościelnego cmentarza. W trakcie prac archeologicznych zadokumentowano przeszło 70 szkieletów, odnotowując jednocześnie obecność kilkunastu dalszych nie kolidujących jednak z inwestycją. W badanej części cmentarza zmarłych chowano w XVII-XVIII wieku przeważnie bez trumien i jakiegokolwiek wyposażenia, z głowami zwróconymi na zachód. Dla tytułowych czarów i zabobonów szczególne znaczenie mają odkryte szkielety nr 1, 33, 51.


Zmarłych tych pochowano z zastosowaniem specjalnych zabiegów. Czaszki ich obstawiono pionowo wbitymi dachówkami, dodatkowo kładąc kolejne na twarzy i pod podbródkiem. Celu tego magicznego zabiegu możemy się jedynie domyślać. Zbliżone w formie wyrazu pochówki odkryto na dawnym cmentarzu kościoła św. Idziego w Bydgoszczy i Mogilnie. Tam jednak wokół głowy położono cegły, nie zakrywając zmarłym twarzy. W Bydgoszczy stwierdzono dodatkowo fakt umiejscowienia na kolanie zmarłego psiego zęba, a w Mogilnie odcinanie głów. Czasowo odkrytym szkieletom w Fordonie odpowiadają pochówki bydgoskie, datowane na XVII-XVIII wiek. Z dużą dozą prawdopodobieństwa zaobserwowane w Fordonie zabiegi magiczne wiązać można z ludowymi wierzeniami w wilkołaki lub traktować je jako groby osobników z nieznanych nam powodów wykluczonych z lokalnej społeczności.
Już ówczesna literatura teologiczna próbowała powiązać przedchrześcijańskie wierzenia w strzygonie-wilkołaki z chrześcijańskimi wierzeniami w diabły i ich wspólniczki – czarownice. W wierzeniach ludowych strzygoń co pewien czas opuszczał swój grób. Kręcił się wówczas wokół swego domostwa, wysysając krew z ludzi lub żywego inwentarza. Zabezpieczaniem się przed jego powrotem mogło być, ale nie musiało, obłożenie napiętnowanemu społecznie w ten sposób osobnikowi, czaszki dachówkami, i symboliczne zamknięcie w ten sposób możliwości powrotu do świata żywych. W wierzeniach ludowych znane są różne sposoby zabezpieczania się przed wilkołakami. Jednym z nich było przebicie czaszki lub piersi nieboszczyka drewnianym lub żelaznym kołkiem. W średniowieczu ucinano głowę, wkładano ją między nogi lub chowano zmarłego twarzą do dołu.
Zaobserwowane zabiegi obrzędowe na fordońskim cmentarzu mają tym wymowniejsze znaczenie, iż w przybliżonym czasie złożenia do grobów w tak specyficzny sposób „wyróżnionych” zmarłych, miał miejsce w tym miasteczku średnio jeden proces o czary rocznie, kończący się przeważnie publicznym spaleniem czarownicy na stosie. Rozwiązanie znaczenia tak obdarowanych pośmiertnie osobników jest wyłącznie hipotezą, nie wiążącą dla wysnuwania daleko idących wniosków.oprac. Wojciech Siwiak
Reklamy